środa, 26 września 2012

Kary i nagrody w wychowaniu (2)

Jeśli odpowiedzieliście sobie na pytania postawione w poprzednim wpisie, warto przeanalizować swoją postawę rodzicielską. W tym obszarze nasuwają się następujące pytania:

- z jakimi doświadczeniami wkraczaliście do tego związku,
- dlaczego zdecydowaliście się na ten związek (z miłości, z rozsądku, byłam starą panną/kawalerem więc wypadało, chciałam bogatego męża, rodzice chcieli, żebym już wyszła za mąż, zaszłam w ciążę...)?
- jakie były Wasze „domy rodzinne” (z tradycjami – np. spotkania rodzinne we wszystkie święta, imieniny…, rytuałami – na przykład zawsze każdy przygotowywał coś innego do jedzenia, lub inaczej – była część oficjalna, potem śpiewy, gra na instrumentach, tańce…, była struktura spędzania wolnego czasu, gry…)?
- jacy byli Wasi rodzice (opiekuńczy, kochający, tolerancyjni, wymagający, karzący, panował system obowiązków, kompletnie nie interesowali się dziećmi, cały czas nie było ich w domu, bo pracowali…)?
- jakie relacje były w domu rodzinnym (ciepłe, partnerskie, tylko wspólne usługi i obowiązki, chłodne, w zasadzie same wymagania)?
- jakie były pozycje matki i ojca w domu rodzinnym, czyli kto decydował, trzymał finanse…?
- czy w Waszym domu była przemoc, alkohol...?
- jakich wzmocnień (kar i nagród) używali Wasi rodzice:

  • czy były kary i nagrody,
  • czy tylko kary (czy było wśród kar bicie),
  • czy tylko nagrody,
  • jakie kary najbardziej pamiętasz,
  • jaka nagroda utkwiła Ci w pamięci?
Kiedy uświadomimy sobie ten cały system oddziaływań, relacji, dominacji, postaw i zachowań naszych rodziców, łatwiej będzie nam przeanalizować zależność i wpływ tych postaw na naszą postawę rodzicielską. Zdarza się, że kiedy my, jako rodzice, nie akceptowaliśmy jakichś zachowań swoich rodziców, bezkrytycznie stosujemy zachowania przeciwne. Sprzeciwiamy się swoim rodzicom generalizując, a nie analizując związki tych zachowań z naszymi zachowaniami, kiedy byliśmy dziećmi. To najczęstszy motyw działania. Często też towarzyszy nam myślenie, że skoro nam było źle, to będziemy teraz dbać o to, by dziecko miało lepiej,  niejako rekompensując sobie nasze braki w tym zakresie. Na przykład moja koleżanka, pochodząca ze wsi, opowiadała mi, że chodziła do szkoły piechotą, często nie miała pieniędzy na dobre buty w zimie. Wspomina to, oczywiście, jako bardzo przykre doświadczenie. Jako matka postanowiła wozić dziecko do szkoły. Kierując się dobrą intencją narażała dziecko na opinię maminsynka w oczach kolegów. Chłopiec zaczęło mieć bardzo negatywne skojarzenia ze szkołą. 

Powracam do samych wzmocnień czyli kar i nagród jako narzędzi procesu wychowania. Nie analizuję jednak jeszcze rodzaju kar i nagród. Wrócę do tego później. Teraz piszę o wzmocnieniu jako mechanizmie oddziaływania na dziecko.

Problem wzmocnień wywołuje mnóstwo dyskusji, wątpliwości i sporów zarówno wśród rodziców, jak i osób zajmujących się zawodowo sprawami wychowania. Każdy ma swoje doświadczenia i przekonania. Można podać wiele świadczących o tym przykładów. Co rodzic, to koncepcja, często sprzeczna u obydwu rodziców. Zwolennicy kar podkreślają ich wartość wychowawczą, przeciwnicy uznają za przeżytek, przyczynę lęków, nerwic. Są zdania, że kary generują kłamstwa jako sposób radzenia sobie z brakiem posłuszeństwa lub postawy agresywne u dzieci. Nie ma też jednolitego poglądu na rolę nagrody w wychowaniu. Każda rodzina ma tutaj pewne tradycje lub doświadczenia wzięte z autopsji i od nich w dużej mierze zależy częstotliwość karania i nagradzania.

W niektórych rodzinach panuje surowa atmosfera wychowawcza: dzieci są często karane, a rzadko chwalone. W innych odwrotnie, dzieci się chwali, a rzadko karze. Ja miałam bardzo tolerancyjnego ojca, który w ogóle mnie nie karał, jeśli chodzi o wyniki w nauce, był natomiast bardzo czuły na to, kiedy wracam do domu. Obawiał się o moje bezpieczeństwo, gdyż jako mała dziewczynka zgubiłam się w dużym mieście podczas wakacji. To doświadczenie spowodowało, że chciał mnie bez przerwy kontrolować. Wyznaczał mi dokładną drogę ze szkoły do domu i kiedy nie było mnie na czas, bardzo się martwił. To spowodowało mój brak orientacji w otoczeniu. Wracałam do domu stale tą samą drogą i nie uczyłam się poruszać w mieście, w którym żyłam. W rezultacie bardzo słabo znam swoje rodzinne miasto i często muszę się mocno „nagimnastykować”, aby dotrzeć gdzieś na czas.

czwartek, 20 września 2012

System wzmocnień, czyli kary i nagrody w wychowaniu

Kiedy przegląda się literaturę związaną z systemem wzmocnień w wychowaniu dzieci, spotyka się wiele rozmaitych podejść i interpretacji, z których każde, zdaniem autora, ma swoje uzasadnienie. Pracując jako psycholog i trener NLP (Neuro-Linguistic Programing) oraz wychowując własne dziecko, zebrałam bagaż doświadczeń, którymi chcę się z Wami MATKI i OJCOWIE podzielić. W swojej praktyce spotkałam zarówno mądre, świadome swojej roli matki, jak i ojców nastawionych na pełnienie swojej funkcji rodzicielskiej. Częściej jednak zdarzało się odwrotnie, czyli rodzice przychodzili z kłopotami wychowawczymi albo, po prostu, przychodziło jedno z rodziców. Najczęściej była to matka, która miała zarówno kłopoty z dzieckiem, jak i mężem (partnerem), który nie wspierał jej w procesie wychowania. Czasem było też tak, że ojciec kompletnie nie rozumiał swojej roli i proces wychowania spoczywał na matce, a czasem jej rolą było edukowanie zarówno dziecka, jak i męża. Niestety zdarzało się również, że rodzice rywalizowali o dziecko, zwykle działając kompletnie sprzecznie ze sobą. Takie, postępowanie oceniam jako działanie bardzo szkodliwe dla dziecka.

Zanim przejdę do analizy roli oraz skuteczności kar i nagród, kilka słów o tym, czym tak naprawdę są te wzmocnienia, zdefiniuję pojęcie procesu wychowania, a także przedstawię strukturę tego procesu. Opiszę również kilka przypadków: podam przykłady sytuacji, z którymi rodzice nie potrafili sobie skutecznie poradzić.

Proces wychowania kojarzy się rodzicom z miłością, dawaniem dziecku tego, czego sami nie mieli lub po prostu byciem z dzieckiem na co dzień. Intuicja rodzicielska często bywa jedynym drogowskazem wyznaczającym rodzicom kierunek działania i ocenę, co jest dobre, a co złe dla dziecka. Tymczasem proces wychowania to zaplanowana, świadoma, często żmudna praca na rzecz dziecka, o czym, niestety, rzadko myślimy, kiedy planujemy je mieć. Zgodnie z definicją, jest to systemem czynności osób wychowujących (rodziców, opiekunów i wychowawców) oraz wychowanków, umożliwiający dzieciom zmianę w pożądanym kierunku. Ten pożądany kierunek wyznacza kształtowanie i przekształcanie uczuć, przekonań i postaw (społecznych, moralnych, estetycznych, religijnych), kształtowanie woli i charakteru oraz wszechstronny rozwój osobowości. Proces wychowawczy ma zatem charakter celowy, planowy i jest rozłożony w czasie. Historycznie, istotą wychowania jako pewnej praktyki społecznej, było przygotowanie młodych ludzi do życia w danej społeczności w celu zachowania jej ciągłości. Pełniło więc funkcje adaptacyjną, stwarzało podstawę egzystencji.

Struktura procesu wychowania jest zatem realnym składnikiem obiektywnej rzeczywistości i obejmuje:
• planowy cel wychowawczy,
• sytuacje wychowawcze zachodzące w określonym środowisku, w którym ten proces
zachodzi, ma miejsce,
• doświadczenia wynoszone z sytuacji wychowawczych,
• wyniki procesu wychowawczego.

Piszę o tym dlatego, że rodzice rzadko rozumieją proces wychowawczy i swoją w nim rolę jako zaplanowany cel wychowawczy, którego naturalną konsekwencja są doświadczenia dziecka i wynik tych doświadczeń, czyli coś co dziecko przyswaja. Świadomość tych wszystkich elementów dopiero pokazuje złożoność procesu, z jakim rodzice mają do czynienia. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie ma szkoły dla rodziców, tak jak na przykład funkcjonują szkoły rodzenia. Tradycje rodzicielskie są zwykle przenoszone z pokolenia na pokolenia i to stanowi największe zagrożenie. Schematy wychowawcze są bowiem powielane, często zupełnie nieświadomie, bez analizy ich szkodliwości lub przydatności. Znaczy to, że matka czy ojciec nie zdają sobie sprawy ze znaczenia bagażu, jaki wnoszą w życie swojej rodziny. Dlatego zanim przystąpimy do analizy wzmocnień warto abyście, jako rodzice, zdefiniowali cele wychowawcze, jakie stawiacie przed Waszymi dziećmi. Jest to kilka pytań na które warto znaleźć odpowiedzi:

- w jakich obszarach chcecie rozwijać własne dziecko (już gdy ma ok. roku można się nad tym zastanawiać)?
- jakie są jego (ich) potrzeby: rozwojowe, zdrowotne, edukacyjne:

  • z czym są największe kłopoty wychowawcze?
  • co jest jego mocną stroną (jeśli chodzi o naukę lub zabawę)?
  • co jest jego słabą stroną (jeśli chodzi o naukę lub zabawę)?
  • co może być zagrożeniem dla jego rozwoju osobowego?
  • co może być zagrożeniem dla jego edukacji?

- jakie zdradza talenty?
- co chce robić z motywacją do działania, czyli co je interesuje?
- jak rozwija się w społecznie:

  • jak komunikuje się z rówieśnikami?
  • jak nawiązuje relacje?
  • w jakim wieku dzieci wybiera do zabawy czy koleżeństwa?
  • jak zachowuje się w relacjach z rówieśnikami: czy jest wycofany i podporządkowany, czy przyjmuje rolę przywódcy, czy jest kreatorem pomysłów, czy raczej ich wykonawcą?

- jakie doświadczenia (pozytywne, negatywne) spotkały nasze dziecko (dzieci) i jaki to miało wpływ na jego rozwój, zachowanie, postawę, przekonania, życie…; czy było to konstruktywne doświadczenie (dziecko nauczyło się czegoś nowego), czy traumatyczne (dziecko unika, boi się okresowych sytuacji)?

To jest dopiero fragment diagnozy. Takich pytań, znając swoje dziecko, możecie postawić więcej.

środa, 12 września 2012

Skutki nadopiekuńczości (2)

Zdarza się, że dziecko nadopiekuńczej matki podejmuje próby samodzielności. Często jednak kończy się to jego porażką, gdyż nie trenowało tej umiejętności. Jest upośledzone społecznie, bezradne, nie potrafi budować partnerskich relacji. Jest kaleką psychiczną z rozwarstwioną tożsamością i zaburzoną samooceną.

Jeśli dziecku udaje się częściowo „uciec” spod opiekuńczych skrzydeł matki, to może dojść do tzw. „podwójnego życia”. W takiej sytuacji dziecko w domu zachowuje postawę uległości wobec matki, jest posłuszne i spełnia jej życzenia, a poza domem realizuje swoje potrzeby związane z komunikacją społeczną. Dziecko zmaga się z rozszczepieniem na poziomie tożsamości, wartości, zarówno wobec matki, jak i rówieśników. Uczy się manipulacji, strategii działania opartej na kłamstwie i wzmacnianiu egocentryzmu umożliwiającego realizację własnych korzyści. Jest prawdopodobne, że ten mechanizm zostanie przeniesiony w dorosłe życie w jego rodzinie.

Podczas jednego ze szkoleń, gdy uczyliśmy asertywności, jedna z uczestniczek ze łzami w oczach opowiedziała nam o swoim problemie z matką. Obie kobiety mieszkają naprzeciwko siebie, więc matka zawsze wie, że córka wróciła do domu (zapalone światło). Natychmiast dzwoni i prosi ją o odwiedziny. Dla matki nie ma znaczenia, czy córka ma coś do zrobienia, czy jest zmęczona – nieważne: Musisz mi córeczko opowiedzieć, co u ciebie. Na wszelkie próby odmowy reaguje albo obrażeniem się, albo manipulacją: Już mnie nie kochasz! No tak, mogę tu się przewrócić i umrzeć, a ty nawet nie będziesz o tym wiedziała! Ty nigdy nie masz dla mnie czasu! Zapominasz o starej matce, moje życie nie ma dla ciebie znaczenia! I temu podobne teksty. Biedna kobieta, ofiara nadopiekuńczości, żeby ukryć, że wróciła do domu, NIE WŁĄCZAŁA ŚWIATŁA!

Nadopiekuńczość to jeden z najtragiczniejszych paradoksów, jaki można sobie wyobrazić w świecie natury: kierując się miłością, chcąc jak najlepiej dla dziecka matka robi mu krzywdę. W dodatku sama nie jest w stanie wyjść z tego patologicznego kręgu. Bezwzględnie potrzebuje pomocy z zewnątrz, aby nauczyć się pozycji dysocjacji, która dopiero stwarza możliwość analizy przyczynowo-skutkowej, czyli analizy konsekwencji swoich działań. Trzeba koniecznie dodać, że uświadomienie sobie tych konsekwencji jest prawdziwym dramatem matki, która zaczyna rozumieć tragizm swoich działań dyktowanych „miłością”. Wtedy najpierw potrzebna jest głęboka praca z matką („wyprostowanie” modelu roli rodzica w rozwoju dziecka, uwolnienie z poczucia winy za krzywdy wyrządzone dziecku…), a potem z dzieckiem, które potrzebuje przejść wszystkie wcześniejsze fazy socjalizacji w swoim rozwoju (uniezależnienie emocjonalne, samodzielność, odpowiedzialność, relacje rówieśnicze…).

Nadopiekuńcze matki walcząc o utrzymanie własnego sensu życia, którym jest dalsza kontrola nad życiem dziecka, potrafią zniechęcać je do podejmowania życiowych wyborów związanych z opuszczeniem domu. Są nieobliczane w swej manipulacji emocjonalnej używając poczucia winy, czyniąc z dziecka ofiarę własnych interesów. Potrafią konsekwentnie wkraczać we wszystkie decyzje zagrażającej ich obecności w jego życiu. Czy nie jest to paradoks miłości - miłość, z założenia nastawienie na dziecko, kontra egoizm wywołany lękiem przed odrzuceniem, skierowany przeciwko niemu?

Nadopiekuńczość wyzwala więc kolejny dylemat dziecka: partner czy matka? To trudny wybór dla dziecka wychowywanego w nadopiekuńczym modelu. Często ta decyzja przerasta dziecko i kończy się rozstaniem z ukochaną osobą i życiem z matką w poczuciu krzywdy, niesprawiedliwości i niepotrzebnego poświecenia.

Nadopiekuńczość w ocenie obserwatorów traktowana jest jako łagodna forma krzywdzenia dziecka, a czasem nawet jako przejaw miłości mający zabarwienie pozytywne. Jest bagatelizowana i najczęściej pozostawiona bez pomocy specjalisty. Dzieje się tak dlatego, że środowisko nadopiekuńczego domu jest hermetyczne, ma tendencję do zamykania się przed światem i ingerencją otoczenia, jako zracjonalizowaną obawą o zły wpływ. Dlatego bardzo istotna jest rola osób obserwujących ten proces w rodzinie, bez względu na więzi łączące je z takim patologicznym środowiskiem. Osobom z zewnątrz łatwiej dostrzec te zaburzone relacje. To może być na przykład nauczyciel, który dostrzega nietypowe zachowania dziecka wychowywanego w takim domu. To może przyjaciel rodziny, sąsiadka lub nawet koleżanka z pracy. Zapewniam Was, że będzie to największy prezent, jaki można podarować tej rodzinie. To przerwanie patologicznego kręgu i ratunek dla wielu pokoleń… Im wcześniej zostanie zdiagnozowane taka nieprawidłowa relacja matka-dziecko, tym lepsze rokowanie i rezultaty terapii.

środa, 5 września 2012

Skutki nadopiekuńczości

Konsekwencje mogą być niestety przerażające dla dziecka: brak rozwoju emocjonalnego, społecznego (otoczenie jest źródłem zagrożeń), psychoruchowego i poznawczego. To przyszły odludek stroniący od ludzi. Może stać się społecznym i intelektualnym „kaleką” i nawet w dorosłym życiu potrzebować obecności matki przy podejmowaniu decyzji.

Dzieci matek nadopiekuńczych są przez nie sterowane nawet w dorosłym życiu i nie mogą (a też oczywiście nie potrafią) podejmować samodzielnych decyzji, iść własną drogą, nie zgadzać się z matką, mieć inny punkt widzenia (na przykład w sprawie swojego partnera życiowego). Każda próba samodzielności kończy się buntem lub wzbudzaniem poczucia winy ze strony matki. Konsekwencją takiej postawy jest pełna dominacja matki w życiu dziecka, pomijającej fakt jego dojrzewania. Każda próba uwolnienia się dziecka spod tej dominacji spotyka się z szantażem emocjonalnym. Ta adoracja staje się tak silna, że wpływa na wszystkie inne dziedziny życia. Matka izoluje się od przyjaciół i w ogóle świata zewnętrznego rezygnując ze swoich potrzeb czy marzeń. Staje się "ofiarą" dziecka, a dziecko - paradoksalnie - "ofiarą" matki, czyli tworzy się krąg patologicznych postaw, schematów myślenia i działania. Interesujący jest fakt, że matka nie ma świadomości tych wszystkich mechanizmów i ich konsekwencji dla późniejszych faz życia dziecka, nie wyłączając dorosłości.

Nadopiekuńczość toruje drogę egocentryzmowi i postawie roszczeniowej, która może się rozwijać się w kierunku manipulacji otoczeniem w celu zaspokojenia swoich potrzeb. Tym samym zanika komunikacja wprost, czyli definiowanie swoich potrzeb, przy akceptacji potrzeb innych, kiedy nie jesteśmy w centrum zainteresowania. Brak współpracy z rówieśnikami, tolerancji, gotowości do dzielenia się, pomagania… Zachowań niezbędnych w rozwoju społecznym. Nie rozwijają się postawy altruistyczne. To zdecydowanie zaburza nawiązywanie i rozwój relacji z rówieśnikami. Często powoduje nasilenie egocentryzmu, racjonalizowanego negatywną oceną otoczenia oraz ucieczkę od rówieśników w bezpieczne środowisko domowe. Postawa wycofania się dziecka z relacji ze środowiskiem rówieśniczym prowadzić może do wyobcowania. Podświadomie pozytywny wizerunek samego siebie, wysoka samoakceptacja „wdrukowywana przez matkę”, spotyka się brakiem akceptacji ze strony rówieśników. To wytwarza dysonans poznawczy, którego konsekwencją jest poczucie niesprawiedliwości, krzywdy i niezrozumienia tego, co dzieje się w zewnętrznym świecie. W dziecku rodzi się konflikt wewnętrzny: zadaje sobie pytanie z poziomu tożsamości (kim właściwie jestem?), wartości (co jest dla mnie ważne?), przekonań (co myślę o sobie?) i nie dostaje, spójnej jednoznacznej odpowiedzi od matki i otoczenia. To wyzwala mechanizm racjonalizacji i generalizacji (koledzy są głupi, nie znają się na niczym, nie warto z nimi przebywać, bawić się, zazdroszczą mi, są niesprawiedliwi…). Te oceny pozwalają zachować tożsamość, ale wyzwalają wrogość do otoczenia i w konsekwencji izolację społeczną. W przeciwieństwie do „złego otoczenia” mama zawsze „wygrywa” i staje się bezpieczną emocjonalnie „wyspą”. Taka negatywna, z punktu widzenia dziecka, konfrontacja z rówieśnikami wzmacnia więź dziecka z matką, gdyż pozwala udowodnić jej niezbędność.

Brak treningu w budowaniu własnej odpowiedzialności i rozumieniu konsekwencji swoich działań, brak autokontroli i odpowiedzialności za siebie może być powodem bezkrytycznego szukania wsparcia w grupie antyspołecznej, patologicznej społecznie, gdzie możliwe jest zaspokajanie potrzeb egocentrycznych i niekontrolowanej destrukcji.

Paradoksalność tej sytuacji polega na tym, że matka, działając z dobrą intencją, uzależnia dziecko od siebie i oczekuje za „lata poświęcenia” i bezwarunkowej miłości, rewanżu w dorosłym życiu dziecka. Chce w dalszym ciągu wywierać na nie wpływ i nie pozwolić dorosłemu, traktowanemu cały czas jak dziecko, na samodzielność i odpowiedzialność za własne życie. Matka nie rozumie patologii swoich zachowań i nie potrafi spojrzeć na cały proces wychowawczy oczami dziecka, czyli z punku widzenia jego potrzeb. Nie jest świadoma destrukcji, jakiej jest autorem.

piątek, 31 sierpnia 2012

Nadopiekuńczość (2)

Postawa nadopiekuńczej matki sprowadza się do ochrony dziecka przed całym światem, czyli wszystkim i wszystkimi, którzy potencjalnie są źródłem zagrożenia. Dziecko nie uczy się zjawisk występujących w otaczającym świecie, bo jest od nich izolowane, nie identyfikuje zagrożeń typu ostre, gorące, za wysokie, z tego samego powodu nie rejestruje ciągu myślenia przyczynowo-skutkowego (Jeśli włożę rękę do gorącej wody, to się sparzę), bo zawsze jest “pod strażą” mamy. Źródłem wiedzy jest przypadek, do którego dziecko nie jest gotowe, gdyż nie gromadzi niezbędnej wiedzy życiowej i nie zbiera doświadczeń. Proces uczenia się jest więc u takiego dziecka mocno modyfikowany przez ograniczenie środowiskowe. Za tym podąża ograniczenie procesów poznawczych.

Bez względu na powód generujący postawy nadopiekuńcze matki te traktują swoje dzieci jak własność, a nawet jedność ze sobą. Wyraża się to brakiem akceptacji dla traktowania dziecka jako odrębnej jednostki. Takie dziecko nie ma prawa rozwijać swojego indywidualizmu i realizować własnych planów życiowych.
Jeżeli dzieckiem jest chłopiec, matka przenosi na niego swoje uczucia wobec męża, którego nie ma lub w relacji z którym nie realizuje się jako kobieta w małżeństwie. Mały chłopiec staje się jedynym mężczyzną w domu i na nim skupie się cała jej uwaga. On staje się „jej małym mężczyzną” i ma „zastąpić” męża. Matka, w zamian, staje się ekspertem od jego potrzeb, jednocześnie wykonując bez najmniejszego sprzeciwu wszystkie obowiązki za dziecko .

Nadopiekuńczość matki wywołuje u dziecka poczucie zagrożenia, wzmaga lęk przed zewnętrznym światem i otoczeniem społecznym, wyzwalając mechanizm koncentracji na sobie. Dziecko staje się egoistą i egocentrykiem, co jest generatorem postaw roszczeniowych zarówno wobec matki, jak i otoczenia. Budowanie poczucia wartości zostaje zaburzone, gdyż silnie pozytywnie kształtowany wizerunek dziecka w domu, nie wytrzymuje konfrontacji ze środowiskiem rówieśniczym, gdzie jest odrzucane i nieakceptowane. Środowisko rówieśnicze wymaga postaw współpracy, akceptacji, dzielenia się, tolerancji, ustępowania…, których dziecko nie potrafi.

Nadopiekuńczość to również wzięcie odpowiedzialności za losy i życie dziecka. Taka matka wie lepiej, czego dziecko, młodzieniec i dorosły mężczyzna potrzebuje, więc staje się wyrocznią sterującą jego życiem. Musi ( nie chce) więc wykonywać często proste czynności (takie jak pakowanie tornistra, organizacje dnia, szykowania śniadania…). Musi z trzech powodów: bo jest nadopiekuńcza, odpowiedzialna za jego losy i dlatego, że dziecko tego się nie nauczyło. Staje się więc niezbędna, co uzasadnia zwrotnie jej nadopiekuńczość.

Kiedy dziecko staje się dorosłe i przychodzi moment opuszczenia, domu pojawia się ambiwalencja w uczuciach wobec matki. Moment „wyfrunięcia z gniazda” jest oddalany przez dziecko, gdyż potrzeba samodzielności, akceptowanej społecznie, kłóci się z uczuciami wobec matki. Nie można jej przecież zostawić, krzywdzić zaspokajaniem własnych potrzeb, ale również brak gotowości do takiej samodzielności. Lęk przed porażką w dorosłym życiu, do którego dorosły już człowiek nie jest gotów emocjonalnie oraz społecznie, hamuje taka potrzebę.

Kolejnym problemem jest wybór partnera życiowego, czy decyzja o małżeństwie. To jawi się w oczach dorosłego już człowieka jako sytuacja zagrożenia. Dla matki odejście dziecka w samodzielne życie jest też trudne, gdyż traci szansę na kontynuowanie nadopiekuńczości, czyli sens życia. Dróg jest kilka. Można zniechęcić dziecko do wyboru partnera poprzez jego negatywną ocenę (tak samo jest z każdym następnym partnerem), sukcesywne niszczyć zawarty związek poprzez ingerencję w jego najbardziej nawet intymne sfery, szerząc w nim destrukcję, albo wejść w rolę porzuconej, niekochanej matki – czyli budowanie poczucia winy. Wtedy reakcją matki jest pozorna zgoda na życiowe wybory dziecka, lecz towarzyszy jej silna manipulacja emocjonalna nierzadko przybierająca formę wyrafinowanego szantażu. Brzmi to mniej więcej tak: jak sobie poradzisz beze mnie, jestem nieszczęśliwa gdy cię nie ma, denerwuje się bardzo. Towarzyszy temu niewerbalna sygnalizacja poczucia porzucenia, krzywdy, nieszczęścia. Pojawiają się pytania: czy twój partner jest ciebie wart, czy on na ciebie zasługuje? – czyli poddawanie w wątpliwość wartość partnera, jest skąpy, egoistyczny – czyli ocena, często kompletnie nieuzasadniona, kto się będzie tobą opiekował tak, jak ja? – czyli pozorna troska, czy jeszcze nie za wcześnie na ślub? – czyli kwestionowanie decyzji życiowych…. Cały ten asortyment powodów kwestionujących decyzję wynika z zagrożenia i obawy, że matka bezpowrotnie straci dziecko, a tym samym straci sens życia i w dodatku staje się niepotrzebna. To motywuje ją do „chorej” walki o dziecko.

Czujecie pewnie pewien cynizm płynący "spod mojego pióra". Nie, to zimna analiza możliwości, mechanizmów patologii, która wymaga dystansu wobec zachowań matki, niestety bardzo bezwzględna. Jednak bez tej dysocjacji umożliwiającej ich zrozumienie nie byłaby możliwa skuteczna pomoc.

niedziela, 26 sierpnia 2012

Nadopiekuńczość

Może brać się ze złych wzorców z domu rodzinnego, sprzeciwu wobec najbliższego otoczenia, poczucia winy, długo oczekiwanego małżeństwa… Powodów może być wiele. Nie ma sensu omawiać wszystkich, bo wkraczamy w zawiłe mechanizmy psychologiczne. Lepiej skoncentrować się na konsekwencjach takiej postawy, tym bardziej że w każdym przypadku należy przeanalizować przyczyny indywidualnie, bo praca terapeutyczna z tego typu matką czy rodzicami od tego się zaczyna. 

Postawa nadopiekuńcza to typowa postawa rodzicielskiej miłości, która z dobrą intencją przekracza granice zdrowego rozsądku, zabierając dziecku szansę rozwoju motorycznego i poznawczego. W dodatku jest wielce prawdopodobne, że wychowywane w nadopiekuńczym domu dziecko powieli ten mechanizm w swojej rodzinie. W ten sposób to patologiczne zachowanie jest przekazywane z pokolenia na pokolenie. Chęć wyręczania dziecka w niemal każdej czynności jest typowym sposobem działania nadopiekuńczego rodzica, który, nieświadomy zła, jakie wyrządza dziecku, chce je zastąpić w wykonywanych przez nie czynnościach bądź uchronić je przed zagrożeniami świata zewnętrznego. Hamuje w ten sposób dziecięcą ciekawość poznawczą, potrzebę nabywania doświadczeń, chęć poznawania świata i eksperymentowania. 

Kiedy o tym piszę, przypomina mi się film pt. „Ray”. Jest w nim wspaniała scena, w której matka  powstrzymuje się od pomagania niewidomemu dziecku. Przeżywając ogromne katusze, patrzy na swojego płaczącego malca, który na czworaka szuka wyjścia i błaga ją o pomoc. Staczając ze sobą walkę, matka nie udziela mu pomocy, żeby przygotowywać syna do życia w ciemności. Mobilizuje go w ten sposób do doskonalenia innych zmysłów, które przejmą rolę wzroku. Matka „naraża” (pod kontrolą) dziecko na przykre doświadczenia, gdyż ma świadomość, że nie będzie mogła całe życie go wspierać. Jest nieprawdopodobnie dojrzałą matką, która pozwala dziecku eksperymentować w poznawaniu świata. 

Dorosły Ray Charles, bo o nim – oczywiście – jest ten film, poruszał się bez laski. W swoim długim życiu niejednokrotnie walczył z przeciwnościami, nigdy się nie poddawał i nie użalał nad sobą. Osiągnął niebywały sukces jako niewidomy kompozytor, pianista i wokalista. Duża w tym zasługa jego mądrej matki, która nauczyła go wytrwałości w osiąganiu celów. Patrząc na jej zachowanie niejeden widz pomyślał: Co za wredna matka! Ciekawe, jak potoczyłoby się życie Raya, gdyby mamusia “zatroszczyła się” o bezpieczeństwo biednego, niewidomego dziecka ubezwłasnowolniając go emocjonalnie. Czy powstałyby takie utwory, jak Georgia on My Mind, Hit the Road Jack, Unchain My Heart i wiele innych?

Zachęcam do refleksji.

środa, 15 sierpnia 2012

Błędy rodziców

Na wstępie chcę podkreślić, że moją intencją jest wspieranie, a nie ocenianie kogokolwiek, kto wychowuje dzieci. Piszę o błędach, żeby sprowokować rodziców (opiekunów) do refleksji, a nie oskarżać. Podziwiam ich za pracę 24 godziny na dobę przez prawie całe życie, odpowiedzialność i koszty emocjonalne, jakie ponoszą. Mam dla nich ogromny szacunek i dlatego chcę im pomóc. Tym bardziej, że sama jestem matką.

Chcę też wykreować pojęcie "zawód rodzice", aby zwrócić uwagę na potrzebę doskonalenia się w tej profesji, choć nią w rzeczy samej nie jest. Zależy mi na tym, by wychowujący dzieci byli świadomi tego, co robią. Żeby wiedzieli, jakie skutki w przyszłości wywołają ich obecne wybory. Chcę również wpłynąć na zmianę sposobu myślenia o pomocy psychologicznej czy pedagogicznej świadczonej rodzicom. To jest taka sama porada, jak u innych specjalistów. Zamiast "uczyć się na dziecku", eksperymentować, co jest dla niego dobre a co złe, czy nie lepiej skorzystać z wiedzy doświadczonego fachowca?

Dziecko to nasz najcenniejszy skarb, a jednocześnie potencjał, którego nie wolno zmarnować. Żal mi  wielu talentów, które nigdy nie rozkwitły, bo rodzice nie mieli wiedzy, a nauczyciele byli niedouczeni...

Rozpocznę więc od zdefiniowania najczęściej spotykanych – w mojej praktyce – błędów popełnianych przez rodziców (opiekunów):

  1. Nadopiekuńczość, czyli zabieranie samodzielności dziecku.
  2. Bezkrytyczne powielanie błędnych schematów z domu rodzinnego.
  3. Brak relacji z dzieckiem.
  4. Niewłaściwe nagradzanie.
  5. Budowanie egoizmu dziecięcego (nadmierna koncentracja na potrzebach dziecka, brak    asertywnej odmowy).
  6. Wzmacnianie postawy manipulacyjnej u dziecka.
  7. Brak spójności obojga rodziców – jednolitej postawy w wychowaniu dziecka.
  8. Koncentracja na drugim dziecku kosztem pierwszego, zapominanie o nim, traktowanie go podmiotowo zwłaszcza we wczesnych fazach rozwojowych.

Kolejne wpisy poświęcę na omówienie tych błędów. Jeżeli chcielibyście coś dodać do tej listy, proszę o komentarz.